poniedziałek, 19 maja 2014

Kurs dokształcający

falko



Kurs dokształcający


Siedem razy w tygodniu,
rano, wieczór, we dnie, w nocy
uczestniczę w kursach pisarskich.
Taki kurs doskonalący dla niedoskonałych facetów.

Zaraz po przebudzeniu, kiedy ledwie otwarte oczy
widzą smugę cienia wpadającą przez okno,
a suche gardło cierpi z pragnienia
rozpoczyna się lekcja od przypomnienia
czego nauczyłem się wczoraj, przedwczoraj,
tydzień, miesiąc, rok cały, a może dziesiątki lat temu.
Że powinienem przecież wstać, umyć zęby,
ogolić się, bo nieogolony będę czuł się brudny,
wziąć prysznic, albo chociaż podmyć się ciepłą wodą.

Potem uczę się nowych rzeczy.
Jak smakuje śniadanie, jak zaparzyć kawę tak,
aby nie pachniała wczorajszą herbatą.
Jechać tramwajem, iść na piechotę,
przez zatłoczone przedzierać się miasto...
Wieczorem pani z telewizora zagada do mnie,
ale ja jej nie usłyszę zatopiony we wspomnieniach.

Jutro rano, zaraz po przebudzeniu,
kiedy ledwie otwarte oczy
zobaczą smugę cienia,
a może jednak światła
wpadającą przez okno,
a suche gardło cierpliwie poczeka na łyk wody,
przypomnę sobie czego nauczyłem się dzisiaj,
wczoraj, przedwczoraj, tydzień, miesiąc,
rok cały, a może dziesiątki lat temu.

A potem zapomnę o tym napisać.



Wiesław falko Fałkowski, maj 2014


sobota, 26 kwietnia 2014

ledwo jestem

falko



ledwo jestem


jestem dobrej nadziei zwiastunem
kto mi uwierzy kto mi uwierzy
fałszywych proroków nie lubią

nie wiem już czy to jeszcze jawa czy może sen przedwczesny
sprowokowany zmęczeniem umysłu i wyobraźni
myślę wyłącznie o tym aby o niczym nie myśleć lecz jednak myślę
myślę jeszcze o tym aby niczego nie zrobić lecz jednak czynię
jakkolwiek banalnie to brzmi
właśnie otwieram
wprzódy na wieki
zamknięte drzwi

z nic nie robienia i nie myślenia niedopowiedzeń i braku sedna
z myśli parszywej i heretyckiej powstała rychło święta katedra

tak to już bywa
wina i kara
cement i wiara
katedra powstanie
kamienie na szaniec

ikon idei i wyobraźni
wierzeń i marzeń
pomówień wrażeń
różnorodność interpretacji

ledwo przeżyłem
odbity boleśnie od zewnętrznych parapetów
okien oszklonych fałszem i pokruszonym szkłem
krystalicznie czystych kłamstw i nieujarzmionych myśli
ledwo przeżyłem
odbity boleśnie od ostrej jak nóż rzeźnika
krawędzi istnienia wymyślonej pośpiesznie
na potrzeby rzeczywistych i urojonych przypadków
ledwo przeżyłem
wpadając w niewidzialny wir krążących wokół
gwałtownych wyrazów niezadowolenia i pogardy
a w najlepszym razie ubolewania i potępienia

teraz
ja żebrak
liżę rany
siedząc na pokruszonych stopniach
wymyślonej katedry
i wyciągam dłoń po odpuszczenie



Wiesław falko Fałkowski, kwiecień 2014 

czwartek, 20 marca 2014

Andaluzja - iluzja


falko

Andaluzja - iluzja


Obiecałem, że będę więcej mówił ze sobą.
Słowa podtrzymują połamane gałęzie drzew,
leczą potargane złymi myślami źdźbła trawy,
szumią liśćmi wspomnień trącanych kroplami pamięci.

Toną nagle w mule już dokonanych uczynków,
tułają się po drogach spowitych kurzem spod butów
i znikają niespodzianie kiedy pojawia się miłość.
Dalej utrapienie, cierpienie i nicość.

Kiedy zapada cisza przestają być nagle potrzebne.
Opuszczone biegną pośród winorośli wspomnień,
a potem wirusem zaniedbania niszczą plony.
Nie będzie tego roku wina. Wybaczcie.

Na wzgórzach młode kobiety w promieniach andaluzyjskiego słońca
skromnie skrywają jędrne piersi i śmieją się do przybysza,
a kawalerowie ciągle myślą o tym, że przyjdzie taki dzień,
kiedy usiądą w cieniu oliwnego drzewa i będą pić wino.

Obiecałem, ale nie dotrzymałem słowa,
słowa nie podtrzymały połamanych gałęzi,
kiedy niespodzianie pojawiła się miłość.
Utrapienie, cierpienie i nicość?

Wiesław falko Fałkowski, 2014

piątek, 7 marca 2014

Świat jeszcze istnieje?

falko


Świat jeszcze istnieje?


Ślepiec ustawił się w kolejce
wieczorem po nowy wzrok z nadzieją,
że zobaczy wschód słońca nad ranem.
Nie zaśnie.

Starzec stanął w kolejce do domu starości
sądząc, że jesień życia będzie złota,
że włosy srebrzą się babim latem, a nie pajęczyną.
Zabraknie.

Kurwa na rogu głównej ulicy mojego miasta
naiwnie piękna, rudowłosa i nieskazitelna
wywołuje wzwód i popłoch,
jak dziewczynka z zapałkami.

Gazet już dawno nie czytałem,
papier tak sztywny i szybko żółknie,
nie nadążam zmieniać szkieł.
Oślepłem?

Nie jem tego, co pokazują
od rana do wieczora w telewizorze.
Tyję bo pożeram martwe zwierzęta.
Ale tabletki na porost włosów są super.

I środki na przeczyszczanie,
smakowe prezerwatywy,
proszek do prania białej bielizny
(biała bielizna – jak to czysto brzmi).

Szwedzka pasta do wybielania zębów,
francuska miłość,
ukraińskie pieszczoty,
hiszpańska mucha.

Mimo wszystko śpię regularnie.
Najgorzej mam rano, muszę wstać i ocenić
czy świat jeszcze istnieje.
Włosy mi rosną na całym ciele,
zęby wypadły, biegam boso po trawie,
zapisałem się do centrum odnowy biologicznej.

Uznali, że nie ma dla mnie ratunku.
Dla tak niepełnosprawnych poetów,
w takim byle jakim stanie,
dostępny jest tylko golf dla początkujących idiotów,
prosto do dołka,
jak celnie trafię - to mnie zakopią.



Wiesław falko Fałkowski, 2014 i później

wtorek, 28 stycznia 2014

Z dziennika podróżnika

falko


Z dziennika podróżnika

Piłem ararat w Erewanie, pięknym mieście
na rozległej Armeńskiej Wyżynie.
Z okien hotelu widziałem w pogodne dni
ośnieżony szczyt biblijnej góry Ararat
po tureckiej stronie.

Popijałem ze zmrożonych kieliszków
rosyjską wódkę золотое кольцо
z москвич’ami w barze na dwunastym piętrze
i zakąszałem ikrą z bieługi.
A na kaca kwas chlebowy z ulicznej cysterny.

Wina gruzińskie degustowałem w Tbilisi,
przez zaprzyjaźnionego milicjanta dostarczone i schłodzone
w wannie kąpielowej hotelowej łazienki
wypełnionej do połowy zimną wodą.
A rano świeżo parzoną czarną herbatę zrywaną na wzgórzach Batumi.

Spirytus apteczny w Algierii na Saharze
w towarzystwie doktora matematyki,
doktora fizyki i innych nauk bardzo ścisłych,
bo tam aptekarze sprzedają alkohol tylko doktorom.
A na kolację robiłem bitki z końskiego mięsa.

W Berlinie na placu imienia Karola Marksa
Kartoffelschnaps i Korn z bardzo małych kieliszków
krzycząc: Herr Ober, große Flasche bitte!
A w nocy jedliśmy kebab u Turka w Tiergarten
po drugiej stronie muru.

Na Kaukazie częstowali mnie mętnym piwem domowej roboty
górnicy z miejscowej kopalni uranu
mieszkający tam w zbudowanych z drewna,
kamienia i błota skromnych domkach.
A gospodyni przyniosła mieloną baraninę w winogronowych liściach.

Wytrawne reńskie na niemieckiej rzecznej barce
nalewała mi ze smukłej butelki
roześmiana cycata i piegowata dziewczyna,
zbyt różowa aby robić ceregiele.
I nasza była noc pod gwiazdami.

W Amsterdamie kolorowy likier parfait amour
piłem w towarzystwie kolorowych dziwek
z wielu stron świata, bezwstydnie płaczących
z tęsknoty, z żalu, z byle powodu
na moim ramieniu.

W ulubionej praskiej knajpie Hrabala,
gwarnej rubasznym humorem,
piłem na śniadanie czeskie dziewiątki i tani rum.
Paliłem papierosy i nikt nie wiedział
který nařídil knedlíčky?

W XIII dzielnicy piłem absynt z zimną wodą
o szóstej wieczorem kiedy po pracy
zaglądali do taniego bistro robotnicy z paryskich fabryk.
Calvados pod Łukiem Triumfalnym.
A kawę i croissanty na śniadanie na Polach Elizejskich.

Tokaj szamorodni w Budapeszcie u Maxima.
Budafok z oranżadą ze studentami w parku na Górze Gellerta.
Na brzegu Dunaju tanie wina prosto z dwulitrowych butelek.
Na obiad jadałem słodkie kluski z pikantnym gulaszem
w pesztańskiej knajpie obok pomnika Bema.

Szampana z papierowych kubków
z ukochaną na bałtyckiej plaży.
Siedzieliśmy przytuleni,
a pies szczekał w oddali
i szumiały fale.

Wino patykiem pisane na mazurskich jeziorach
piliśmy we dwóch z Rysiem,
nauczycielem z podstawówki spotkanym po latach.
A potem pełną miskę świeżej sielawy
w plażowej smażalni ryb zjedliśmy z apetytem.

Aquavit w Kopenhadze, egipską whisky w Kairze,
denaturat na klatce schodowej,
greckie słodkie wino w pociągu
z Bydgoszczy do Zakopanego
ze śliczną dziewczyną na jednej kuszetce.

Wódkę byle jaką kartoflaną pachnącą karbidem
piliśmy z kolegą siedząc na styropianie oparci o ścianę.
Paliliśmy sporty jednego za drugim.
Wiedzieliśmy, że po nas przyjdą.
Nie wiedzieliśmy kiedy.

Ukraiński bimber z przyjaciółmi z Lwowa
popijałem nocą na krakowskim rynku
z litrowych kufli do piwa. Paliłem kubańskie cygara
po zjedzeniu kremu z dyni i potrawki z królika
serwowanej w knajpie Pod Różą.

Wina czerwone jak bycza krew w Barcelonie
na schodach muzeum Picassa.
Chupitos de Orujo w dobrym towarzystwie
atrakcyjnych Hiszpanek i serdecznych Polaków
w portowej tawernie gdzieś między Walencją a Gibraltarem.

Wczoraj w Warszawie, pięknym mieście na Mazowieckiej Równinie
jakiś gówniarz upił się na imprezie integracyjnej
zorganizowanej przez dział kadr wielkiej korporacji.
Całował prezesa w dupę.
A potem mi powiedział, że ja nie mam kwalifikacji.


Wiesław falko Fałkowski, 2014


niedziela, 19 stycznia 2014

obudzi mnie dzień

Wiesław falko Fałkowski


obudzi mnie dzień


noc

upojna miała być
tyle wina i panna

albo odwrotnie
już nie pamiętam
muzyka cicha nastrojowa

świece na stołach brzoskwinie i winogrona
panna nadobna z moich wspomnień
jak melancholia rozkwitająca w wyobraźni
świat zwariował wokół mnie

kręcił się jak karuzela nostalgii
w niemieckim lunaparku
tylko nie tandeta krzyczał poeta
od świtu upojony zapachem
kolczastej melancholii

było już za późno na refleksje
nadszedł czas liczenia się z groszem myślą
słowem a nawet z rozsądkiem
a miało być tak pięknie na tym świecie
obok melancholii powinny dojrzewać owoce miłości
a dalej w parkowej alei wyobraźni rozkwitać marzenia

noc upojna miała być tyle wina i tyle piwa
i panny mało wybredne boże mój może miało być odwrotnie
już nie pamiętam czy muzyka miała być cicha i nastrojowa
czy może panny bardziej czcigodne a muzyka bardziej hałaśliwa
obok nas pnie się w górę owoc żywota naszego
poplamiony nieodwracalnie naszymi
wadami zaletami inteligencją

zasypiam zatem tej nocy spokojny i szczęśliwy
zmory moje ulubione w nieprzespane noce
widma jawiące się nad każdym ranem
nie mają już do mnie dostępu
zapaliłem światło nie będę
już nigdy tęsknił za nimi

obudzi mnie dzień
posłucham rano jazzu
obmyję się jak przystało wierzącym
świeżo wypraną koszulę
założę

dostałem ją od Ciebie na urodziny
pamiętasz śmieliśmy się wtedy
że schudłem i koszula za duża
ale nie była

a kiedy się pakowałem
nie chciałem jej brać
ale zabrałem

posłucham jazzu
i wytrę łzy w koszulę

rano



Wiesław falko Fałkowski, styczeń 2014

czwartek, 16 stycznia 2014

Po tamtej stronie ulicy

falko




















Po tamtej stronie ulicy


zdradziłaś
nie wiedziałem
śmiać się czy płakać
płakałem

kłamałaś
czekałem
pytać czy zapomnieć
nie pytałem

żyć
z przyzwyczajenia
umrzeć
zwinięty w kłębek
nie wiem

zabrakło
wódki i piwa
poszukam
po tamtej stronie ulicy
spokoju




Wiesław Fałkowski       Wa-wa,                    styczeń 2014



Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów

  Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów ty wiesz jak ja siebie teraz nienawidzę za tę radość na widok zabijania  ...