środa, 30 listopada 2016

Limeryki na Dzień św. Andrzeja

falko


Limeryk zbyt pieprzny

Anna, Andrzeja panna spod Piastowa,
chciała by Andrzej wierności dochował.
Obiad mu zrobiła,
potem popieprzyła:
chyba zbyt ostro, bo zdezerterował.


***********************
Limeryk becikowy

Wróżbita, Andrzej ze wsi Swornegacie
namiętnie wróżył przepięknej Agacie.
Rok nawet nie minął,
jak Andrzej się zwinął,
a Aga wróżbę do becika kładzie.


***********************
Limeryk nadgoplański

Popiel był Andrzej i pochodził z Kruszwicy.
Zalęgły się myszy w Popiela piwnicy.
I zjadły myszy
Popiela w ciszy.
W same andrzejki wpadkę tę był zaliczył.


***********************
Limeryk zbyt krótki

Gdy wszystkich Andrzejów ze wsi Zimna Wódka
w andrzejki zaczęła grzać wódka od środka,
wosku polali
i świętowali...
napisałbym więcej, lecz zwrotka zbyt krótka.


***********************
Limeryk śląski

Andrzejowi z Tychów, Basia z Sosnowca
w andrzejki upiekła ukradkiem makowca.
Wypili wino
i było kino.
Opisano ten fakt w śląskich brukowcach.


***********************
Limeryk andrzejkowy

W andrzejki, Andrzeja z Andrzejowa
od lania wosku (?) rozbolała głowa.
Polewał ostro,
trzymał się prosto.
Gdyby nie żona - do świąt by balował.


***********************
Limeryk kawowy

Andrzej, młody rolnik z Kołodziejewa
do zbożowej kawy mleka dolewał.
- To capuccino,
rzekł swym dwóm synom.
Andrea, z Włoch, się na niego pogniewał.


Wiesław falko Fałkowski, andrzejki 2016


poniedziałek, 28 listopada 2016

istotność postulatywna - jaźń

falko

istotność postulatywna - jaźń


zakrywam okno
półprzezroczystym papierem
aby światło ulicznych latarni
nie wpadało zbyt nachalnie
pod powieki mojej duszy

kontroluję przepływ informacji
ze świadomości do nieświadomości
(a może odwrotnie)
zaklejam starannie
świetliki umysłu
półprzezroczystymi gazetami
zadrukowanymi jednostronnie
niezrozumiałym bełkotem

oczy wyobraźni
zaklejam półprzezroczystym plastrem 
by migotliwy infantylny blask
tendencyjnie spłaszczonego telewizora
nie upośledzał osi
wokół której organizuje się
moja struktura psychiczna

nie przeciwstawiam się materii
jednak drzwi otwieram tylko w niedzielę
aby usłyszeć harmoniczny dźwięk
dzwonków liturgicznych
poczuć zapach kadzidła
usłyszeć
nie wódź nas na pokuszenie
pozwól być
rzeczywistym podmiotem
ostatecznym celem


Wiesław falko Fałkowski, 2016

sobota, 26 listopada 2016

W magicznej latarni światło ciągle płonie

falko

W magicznej latarni
światło ciągle płonie


życie bez miłości
jak łuk bez cięciwy
Amor strzałę puszcza 
celu nie dosięgnie
upadnie pod nogi
między liście zwiędłe
jeśli nie pokocham
nie będę szczęśliwy

ryba umiera
na piasku bez wody
w męczarniach kona
powietrze połyka

jestem samotny
strudzony
bez nadziei nie czekam
wciąż uparcie szukam

los daje odbiera
według dziwnego schematu
którego pojąć nie sposób

ziarno powoli nabrzmiewa
wilgotnej potrzeba ziemi
by źdźbłem wystrzeliło
w błękity nieba
i drzewem wysokim się stało
zdolnym rodzić owoce


miłość zaklęta
spełnione marzenia
mistyczne uczucia
do spokojnej przystani
czas bezpiecznie trafić
niech w magicznej latarni
światło ciągle płonie

chcę kochać
być kochanym

z tomiku: Siedem stopni miłości. wiersze, projekt okładki i ilustracje: © Wiesław Fałkowski
Redaktor i korektor: Janina Sikorska, Inowrocław 2017


piątek, 25 listopada 2016

sezon teatralny

falko

sezon teatralny


wszystko już było
niewiele pozostało
do zagrania ról

kiedyś dawno
wetknięto drzazgę w serce
powiedziano zagraj rolę
halabardnika

gram epizody w serialu
pod tytułem życie
w teatrze na scenie
w radiu kinie i telewizji

zaprzyjaźniam się z innymi statystami
to może być ważne
w następnym sezonie

subiektywny obserwator
nie dostrzega 
roli halabardnika
której każdy unika
że taka marna
że nic nieznacząca

niekiedy jednak brawurowo zagrana
rola z halabardą opartą o mur
nie wiedzieć czemu
genialna

ręce wzniesione
Boże pozwól doczekać
następnego sezonu
szloch łzy
skowyt niemal
oczekiwanie
na oklaski
na kurtynę

podnosi się ze sceny pył
teatr jak życie
życie jak teatr
tu nie wolno grać na kacu
omijanie trudnych epizodów
skutkuje prostym w zasadzie
połamaniem scenariuszowych konwencji
krytycy zacierają ręce
życie kończy się klapą 

Wiesław falko Fałkowski, 2016


sobota, 19 listopada 2016

PIĘĆ RAZY TWEET/140 białe storczyki na parapecie

falko

PIĘĆ RAZY TWEET/140
białe storczyki na parapecie

***
a teraz?
wszystkie inkrustowane wspomnieniami
dni moje monotonne
a długie bezsenne noce
tak nudne i tuzinkowe
zbyt wcześnie utracone złudzenia
***
a ty?
czemu oczekujesz codziennie
że wskrzeszę jeszcze marzenia 
dawno zapomniane pogrzebane
z dala od serca i umysłu
zbyt wcześnie być może
***
a oni?
niech nie obejrzą już nigdy 
wspaniałej iluminacji myśli 
i nie usłyszą pobrzękiwania 
kryształów inteligencji
niech o mnie teraz zapomną
***
a ja?
idę spać z nadzieją
mimo wszystko na kojący sen
z wiarą w przybyszów z kosmosu
polityków ludzkość boga
wszystkich świętych 
także w ciebie
***
a rano?
rankiem zbudzi nas
ze snu niespokojnego
ptak krzykiem zwiastujący
nadejście nowego dnia
na parapecie okna znów
będą kwitły białe storczyki

Wiesław falko Fałkowski

mokre kamienie lśnią jak bursztyny

falko

mokre kamienie
lśnią jak bursztyny


w kieszeni chowam
bezbarwny kamień
wspomnienie lata

prawie nadzy biegniemy po plaży
fale na brzeg wynoszą brunatne glony
miliony małych muszelek
w słońcu błyszczą mokre kamienie

myślałaś że to bursztyny
lśniące krople żywicy
zastygłej przed tysiącem lat
kamienie schną
przestają kusić wyobraźnię
materialną wartością

stają się matowe bezbarwne
zwykłe kamienie z morskiego dna
takie zwykłe
jak obietnice nie do spełnienia
wyrzucane następnego dnia
o poranku
z dna upojnej nocy
przez fale miłosnych uniesień

wyszeptane wyznania
morskie brunatnice
na złotym piasku plaży
szybko usychają
drobny pył rozwiewa wiatr

gwałtowna burza
zabiera z  brzegu
kawałki drewnianych skrzynek
szczątki rozbitych marzeń
zaciera ślady stóp

ze smutkiem chowam
przed samym sobą wspomnienie
tęsknię 
szkoda mi lata
i ciebie w tym lecie mi żal

Wiesław falko Fałkowski, 2016


piątek, 18 listopada 2016

W mojej wysokiej wieży

falko


W mojej wysokiej wieży 
(inspiracja: Wieża, William Butler Yeats)
I.
W swej wieży sam zostałem, rozpamiętując boleśnie
utratę wszelkich złudzeń z przyszłością związanych.
Nie widzę przed sobą szerokiej panoramy zdarzeń,
choć chętnie poszedłbym jeszcze, do cudzego ogrodu,
rwać słodkie jabłka i gruszki ludzkich rozkoszy.
Nadeszła pora patrzeć w tył, za siebie i pozamykać okna.
Niech wiatr nadziei nie wpada do środka,
niech tylko zapach stęchlizny i zapowiedź truchła
wypełnia przestrzeń moich ostatnich dni.

Choć tak bardzo samotność wcale nie doskwiera,
kiedy się tyle wspomnień z życia całego nazbiera
i ułoży na stole obok jadła i picia.
Pomóżcie mi, moi starzy przyjaciele,
wracajcie z pamięci przywołani i usiądźcie obok -
wspominać będziemy - dojrzałe owoce miłosnych uniesień,
pić wino i piwo jak za dawnych lat.
Jadła i wina, i wspomnień wystarczy.
Do ostatniej nocy, ostatniego dnia.

II.
Historia taka mi się teraz przypomina.
Przede mną w wieży mieszkał złotnik z żoną,
nad głową złocone kandelabry płoną,
jasne światło żarowe z nich ścieka,
na skromne meble z irlandzkiego cedru,
na metalowe okucia - kowalska robota -
krętych schodów, które prowadzą i w górę,
i w dół.

Żona złotnika - młoda, piękna sztuka,
nie jeden adorator wejść do wieży szukał,
nie znalazł, bo mąż przezorny, kazał kraty kuć,
wszystkie okna i drzwi zamykał na klucz,
by młodej żony amory ukrócić.

Obok wieży altana stała w ogrodzie,
i tam jego żona oddawała się co dzień
namiętnym uciechom, a potem spokojnie,
jakby nigdy nic, wracała do wieży,
by zająć się gotowaniem i praniem odzieży.

Ma bardzo krótkie nogi małżeńska zdrada -
nie ucieknie goniona przez rannego rogacza.
Na próżno niewierna po kochankach rozpacza,
próżno pacierze za dusze w myślach układa.
Za sprawą mężowskiej zemsty, będą się snuły,
aż do końca świata -
wokół wysokiej wieży wiarołomnych duchy.

Kiedy siadam do stołu i patrzę na niebo
przez okna wzmocnione kratami,
to właśnie ta historia, jak smutny film
wyświetla się przed moimi oczami.
Może to tylko wyobraźni sprawka,
że ta historia wraca jak czkawka
i się po wielokroć odbija.

Czas w samotności powoli mija,
ja, stary człowiek, myśl o umieraniu ćwiczę.
Wspominam chętnie doczesne uciechy,
choć może kara czeka mnie za grzechy.
Jak każdy - miałem swoją Penelopę,
strzał Odyseusza cudem uniknąłem.

III.
Dosyć tych absurdów.
Czas na spowiedź krótką,
wszak czasu niewiele.
Żegnam, już odchodzę,
więc spowiedź zaczynam.
Grzeszyłem, ludzka rzecz..
Nie wzbraniałem sobie ni jadła, ni picia,
tyle rozkoszy miałem do przeżycia,
nie przeżyć ich - to dopiero byłby grzech.
Grzeszyłem, białe koźlęta goniłem
pośród wzgórz zielonych.
Dzisiaj tylko tyle powiem:
- Grzeszyłem, za żadne grzechy nie żałuję.
Wszystkie z radością wspominam.
Nie proszę o ich wybaczenie.
Nie chcę być wieczny.
Tak mi dopomóż…

Wiesław falko Fałkowski, 2016

środa, 16 listopada 2016

Bóg nie gra w kości

falko

Bóg nie gra w kości

Bóg nie gra w kości. - Albert Einstein
Niels Bohr - Albercie, nie mów Bogu, co ma robić.


Miałem sen:
z Bogiem grałem w kości.
Może to nie jest zbyt oryginalne,
ale grałem o przetrwanie.
Tak, grałem z Bogiem 
o przetrwanie ludzkości,
siedząc na stopniach zburzonej katedry.
Wokół unosił się zapach kadzidła -
spalonych domów, zrujnowanych miast.
Liturgiczne dzwonki harmonicznie brzmiały
łuskami pocisków, sypanymi na bruk.

Brałem w ręce kości - 
były jeszcze świeże,
pachniały krwią, 
znaczone ludzkim utrapieniem.
Rzucałem po wielokroć - 
zawsze wypadało jeden.

- Czy ty, Boże grasz uczciwie?
Zadałem pytanie.
- Co mam ci odpowiedzieć?
Sądzisz, że gdybym każdemu
marzycielowi, poecie, 
albo pierwszemu lepszemu,
który się ze mną mierzy,
dał wygrać, to świat byłby lepszy?
Ludzie bardziej szczęśliwi?
Przecież, to nie ode mnie zależy.
To nie ja zrzucam bomby na miasta.
To nie ja morduję wasze rodziny.
Sam syna straciłem na krzyżu -
wyście go gwoździami do drewna przybili.
To nie ja gwałcę wasze dzieci,
rozrywam ciała na krwawe strzępy;
sami sobie to robicie.
- Ale pozwalasz na to.
- Nie, przeciwnie - stanowczo zabroniłem.

- To daj nam wygrać.
- Wygrajcie! Od pierwszego dnia
stworzenia o tym marzę,
by któryś z ludzi stanął
i prosto w twarz mi powiedział:
- Nie zagram w kości z Bogiem.
Straszną jest rzeczą
wpaść w ręce Boga żyjącego.*


Wiesław falko Fałkowski, 2016


*) Straszną jest rzeczą wpaść w ręce Boga żyjącego - NT, List do Hebrajczyków, 10,31









niedziela, 13 listopada 2016

ostatni wrzask

falko


ostatni wrzask

dziewczyna leży
na chodniku
na kartonach
po butach
włoskiej marki
próbuje wstać
trzyma ją
horyzontalnie
wstyd
zgwałcona wiele razy
w mroku
tanich dopalaczy

dzieci
wybiegły ze szkoły
nie zbierały kasztanów
zbierały na wódkę
piwo i kokainę
skopały ciężarną koleżankę
bo nie chciała dać dupy

nauczyciel
z koszem na śmieci
na głowie
za ostatnie pieniądze
z zasiłku
wypłacanego uczącym
kupił sobie
ochraniacze na genitalia
takie jakie mają hokeiści
nie lubi chodzić do szkoły

dwunastolatek biegnie
płacze
łzy na policzkach
złość
rodzi się nienawiść
ksiądz
po wszystkim
umył mu odbyt
wodą święconą
kazał zmówić
ojcze nasz
ze szczególnym naciskiem na
odpuść nam nasze winy
jako i my odpuszczamy

konasz
skurcz
ciało przenika
na krzyżu boleśnie
drżysz
milczysz
nie pozbędziesz się bólu
nie wyrzucisz
bo to cierpienie
wszystkich ludzi

w telewizorze powiedzieli
że nie znajdą dla ciebie
miłosierdzia

dwudziesty pierwszy

jest wiek ostatniej ery

Wiesław falko Fałkowski, 2016

piątek, 11 listopada 2016

zagram raz jeszcze

falko

wiersz
***Сергей Есенин  ,,Мне осталась одна забава…
w wolnym przekładzie z rosyjskiego - Wiesław falko Fałkowski

zagram raz jeszcze

stanąłem zagrać raz jeszcze
dla mnie to tak
jak gwizdnąć na palcach
przede mną idzie zła sława
przeklinam
awanturnik
skandalista


ale też mi wielka strata
dużo w życiu niedorzecznych strat
wstydzę się
że w boga wierzyłem
dzisiaj gorycz
nie wierzę
nie ufam


złota nie dosięgnę
sławy nie zdobędę
wszystko spala codzienna fatamorgana
awantury obsceniczne gram
by świecić jasno
spłonąć


przywilej poety
raz pieścić
raz bazgrać
śmierci znamię nosić
białą różę z czarną ropuchą
pożenić


myśl o pogodnym dniu
nie nadejdzie
choćby nieskładna
demony w duszy się gnieżdżą
to znak
anioły wcześniej w niej żyły


w oszołomieniu radosnym
idę na krawędź innego świata
w godzinie ostatniej
proszę was
co jeszcze jesteście ze mną


za wszystkie grzechy
za zwątpienie w łaskę
za wiary brak
połóżcie pośród ikon
niech skonam po rosyjsku
………………………………….


Мне осталась одна забава:
Пальцы в рот - и веселый свист.
Прокатилась дурная слава,
Что похабник я и скандалист.

Ах! какая смешная потеря!
Много в жизни смешных потерь.
Стыдно мне, что я в бога верил.
Горько мне, что не верю теперь.

Золотые, далекие дали!
Все сжигает житейская мреть.
И похабничал я и скандалил
Для того, чтобы ярче гореть.

Дар поэта - ласкать и карябать,
Роковая на нем печать.
Розу белую с черною жабой
Я хотел на земле повенчать.

Пусть не сладились, пусть не сбылись
Эти помыслы розовых дней.
Но коль черти в душе гнездились -
Значит, ангелы жили в ней.

Вот за это веселие мути,
Отправляясь с ней в край иной,
Я хочу при последней минуте
Попросить тех, кто будет со мной,-

Чтоб за все за грехи мои тяжкие,
За неверие в благодать
Положили меня в русской рубашке
Под иконами умирать. 



czwartek, 10 listopada 2016

To była miłość?

falko
To była miłość?

Wolny przekład wiersza
*** Сергей Есенин ,,Ты меня не любишь…
przetłumaczył z rosyjskiego - Wiesław falko Fałkowski


A ty mnie nie kochałaś wcale,
ale nie ma czego żałować. 
Nie byłem może zbyt dobry?
Nie patrzyłaś w oczy,
a w ramionach mdlałaś,
udawałaś namiętność.
Daj spokój - ręce mi opadają.

Młodością wabiłaś, kusiłaś uśmiechem,
mimo  to, nie omotałaś mnie.
Powiedz - ilu? Ilu cię pieściło? 
Pamiętasz ile dotykało cię rąk? Ile ust?

Tak, wiem - oni byli jak cienie, 
odeszli nie rozpalając w tobie ognia.
Chętnie pchałaś się im na kolana.
A potem? A potem i mnie.
Przez chwilę byłaś ze mną.

Mrużąc oczy, wspominałaś kochanków,
myślami byłaś z nimi.
Wiesz, ja ciebie też nie kochałem,
nie byłaś moją wielką miłością -
zaledwie przystankiem w dalekiej podróży.

Trudno to nawet nazwać przeznaczeniem -
to był lekkomyślny, płomienny związek.
Przypadkowe spotkanie -
lekkie, łatwe rozstanie.

Teraz idź już sobie swoją drogą,
wypełniać wspomnieniami puste dni.
Ale, wiesz co, daj już spokój tym naiwnym,
niewinnym kochankom -
nie ciągnij ich za sobą złą drogą.

Być może jeszcze kiedyś się spotkamy,
gdy będę spacerował,
a ty z innym gościem ulicą będziesz szła,
opowiadając mu o wielkiej miłości.

Odwrócisz się do niego plecami,
skiniesz mi lekko głową,
powiesz ciche - Dobry wieczór -
jakby nigdy nic;
no cóż, odpowiem - Dobry wieczór, Pani.

Wiesz, nie zmąci to spokoju mojej duszy
i nie przejdzie po mym ciele dreszcz;
nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody:
jeśli ktoś kochał - już kochać nie może,
a kto się spalił - nie rozpalisz go znów.


……………………………


Ты меня не любишь, не жалеешь,
Разве я немного не красив?
Не смотря в лицо, от страсти млеешь,
Мне на плечи руки опустив.

Молодая, с чувственным оскалом,
Я с тобой не нежен и не груб.
Расскажи мне, скольких ты ласкала?
Сколько рук ты помнишь? Сколько губ?

Знаю я — они прошли, как тени,
Не коснувшись твоего огня,
Многим ты садилась на колени,
А теперь сидишь вот у меня.

Пуст твои полузакрыты очи
И ты думаешь о ком-нибудь другом,
Я ведь сам люблю тебя не очень,
Утопая в дальнем дорогом.

Этот пыл не называй судьбою,
Легкодумна вспыльчивая связь,—
Как случайно встретился с тобою,
Улыбнусь, спокойно разойдясь.

Да и ты пойдешь своей дорогой
Распылять безрадостные дни,
Только нецелованных не трогай,
Только негоревших не мани.

И когда с другим по переулку
Ты пойдешь, болтая про любовь,
Может быть, я выйду на прогулку,
И с тобою встретимся мы вновь.

Отвернув к другому ближе плечи
И немного наклонившись вниз,
Ты мне скажешь тихо: «Добрый вечер…»
Я отвечу: «Добрый вечер, miss».

И ничто души не потревожит,
И ничто ее не бросит в дрожь,—
Кто любил, уж тот любить не может,
Кто сгорел, того не подожжешь.


poniedziałek, 7 listopada 2016

Czas, gdy budzą się morskie potwory

falko


Czas, gdy budzą się morskie potwory

Kiedy piszę te słowa, płyniemy nocnym rejsem
z malowniczej zatoki pod Cabo de Gata do Motril,
po wodach pięknego Mediterráneo.

Zmrok goni nas od wschodu.
Pełznie po niebie i po morzu.
Olbrzymia kałamarnica,
monstrualny kraken,
gdzieś tam, w jednym maleńkim punkcie
na linii horyzontu, daleko, daleko za rufą,
wyrzuca z siebie hektolitry atramentu
i plama sepii zaczyna barwić morze, niebo, ląd;
niespiesznie goni naszą łódź.
Płyniemy cicho w stronę zachodzącego słońca.
Horyzont za rufą jest już niemal czarny.

Słońce nieuchronnie zbliża się do widnokręgu.
Wydaje się, że krwawa tarcza wisi nieruchomo.
Nagle zaczyna maleć, obgryzana od dołu, po kawałku
przez niewidoczne szczyty gór Sierra Nevada.
Drga, przez chwilę pulsuje purpurą,
poddaje się w końcu i znika.

Dzień, jęzorem ostatnich promieni światła,
liże jeszcze top masztu naszej łodzi,
gdy zmrok dogania nas i gwałtownie
rozlewa się granatowym atramentem po gładkiej
tafli, nadzwyczaj spokojnego morza;
pochłania statki i ludzi.
Na granatowym niebie pojawiają się gwiazdy.
To będą nasi sprzymierzeńcy, na pełnym morzu,
w tych egipskich ciemnościach.

Wstaje księżyc.
Wszystko wokół zaczyna lśnić srebrzyście.
Jakby Neptun garściami z worka,
srebrnego pyłu nabierał i nad nami rozsiewał.
Iskierki drżą w powietrzu, osiadają na wodzie;
skrzą się na wantach, relingach,
kluzach, kipach i knagach.
Czarna, gładka tafla wody
zaczyna drżeć, marszczyć się
od lekkich podmuchów wiatru.
Drobne zmarszki lśnią,
jak łuski wielkiej, tłustej ryby.

Księżyc tej nocy zajdzie
dwadzieścia po pierwszej.
Jest zatem nadzieja,
że mrok nie będzie nieprzenikniony.
Dopóki jeszcze, coraz większa,
staczająca się łukiem w dół,
blednąca i brązowiejąca tarcza księżyca
nie dotknie wody, jest jasno.
Otaczająca nas przestrzeń
i biegnący bardzo wolno czas
lśnią srebrzyście.

Z prawej burty na niebie,
wśród miliarda migotliwych gwiazd -
Wielka i Mała Niedźwiedzica
z najjaśniejszą z jasnych
α Ursae Minoris;
dostojnie nieruchoma na nocnym niebie
wskazuje żeglarzom północ.
Dlatego nazwaliśmy ją Gwiazdą Polarną.

Księżyc zaszedł nad Afryką.
Morze nieruchomieje.
Pozostały tylko gwiazdy na niebie.
Uważajcie! Ciemnogranatowa woda
wzbiera, za chwilę wleje się przez burty!
Morze zatopi nasz jacht!
Nie, to tylko złudzenie.
Łódź cicho płynie dalej.

Pod nami przepastna głębia,
nad nami bezkresne niebo.
Na horyzoncie coś tajemniczego
pojawia się nagle i znika.
Czy to też złudzenie?
Wzrok zawodzi, daleko nie sięga;
umysł walczy - nie poddaje się
złudnej grze wyobraźni z mrokiem.
Dostrzegam tuż obok morskie potwory.
Płyną przy burcie, łypią zaciekawione
przekrwionymi ślepiami, szczerząc zębiska,
rozdziawiają chitynowe dzioby,
gramolą na pokład cielska,
pąklami porośnięte odwłoki,
wyciągają ku mnie oślizgłe macki!
Gwałtowny plusk, gwałtowne kołysanie i …
obudziłem się - chyba zasnąłem na chwilę -
umysł przytomnieje, lecz dreszcz jeszcze długo
przebiega przez ciało.

Sprawdzam kurs.
Łódź cicho płynie dalej.
Największe morskie potwory, od zarania,
budzą się w takie ciche, spokojne noce.
Nie wtedy kiedy szaleje sztorm
i walczyć trzeba z żywiołem.

Wiesław falko Fałkowski, 2013/2016


niedziela, 6 listopada 2016

Błędna hipoteza dotycząca horyzontu zdarzeń

falko

Błędna hipoteza dotycząca horyzontu zdarzeń


wędrować ciemną nocą
między mgławicami
szukać gasnącej pięknej gwiazdy
ukrytej tuż za horyzontem zdarzeń

czy to prawda
że niszczy wszystko co się do niej zbliża

podejść jeszcze bliżej
użyć nieograniczonej
sięgającej nieskończoności siły
aby znaleźć się na granicy

przekroczyć ją w pogoni za
konwulsyjnie zakrzywiającym się czasem
pędzić tak szybko
że nic już nie będzie pewne
nic nie będzie można zobaczyć
a stożek światła
nie przetnie orbity

na koniec odwrócić się
odgadnąć całą przyszłość
wszystkich wszechświatów

zgodnie z teorią wszystkiego
cierpliwie czekać aż gwiazda zgaśnie


Wiesław falko Fałkowski, 2016





sobota, 5 listopada 2016

Na Powązkach - Dziady




Na Powązkach - Dziady
(dedykuję Marcinowi)

Szedłem tą drogą już dziesiątki razy.
Kiedy zbliżam się, od tej właśnie strony,
wita mnie na murze Chrystus ukrzyżowany.
Ulica Powązkowska - wzdłuż muru
rozstawione stragany.
Na nich kwiaty, znicze,
biało-różowa pańska skórka,
taki zawinięty w papierek,
domowej roboty cukierek.
Wszak to Warszawa,
a dzisiaj są Dziady.

Na Powązki wchodzę bramą świętej Honoraty.
Przy bramie wojsko w galowych mundurach -
idą pełnić wartę - żołnierska posługa.

Za bramą, po lewej rzeźba nagrobna -
postać starca z klepsydrą.
Ten starzec to Czas, taka personifikacja.

Dalej alejką w lewo.
Pod nogami liście.
Widzę z daleka grób Gustawa Holoubka.
Ile ról zagrał w filmie, na scenie - nie zliczę.
Zagrał Konrada w Dziadach. Wtedy mówił za miliony.
W sześćdziesiątym ósmym. U Dejmka.
Mickiewicz stał się bardziej zrozumiały,
a oni przeszli do historii.

W Ameryce Halloween, a my mamy Dziady.

Idę dalej.
Popołudniowe, jesienne słońce
przedziera się przez korony drzew;
cienie gałęzi tańczą na grobie rodziców Chopina.

Z groby Moniuszki nikt złotych liści nie odgarnął.
W towarzystwie chryzantem stały się swoistą,
zaduszkową, piękną dekoracją.
Dalej, po lewej grób Herberta.
Kawałek dalej Andrzejewski i Leśmian odpoczywają.
Wszystkich mijanych wymienić nie zdołam.
Przy grobie Marii Dąbrowskiej, idę w lewo.

Oczy wilgotnieją.
Na końcu tej alejki zapalam świeczki.
Kładę kwiaty na grobie Marcina - mojego syna.

W dobrym towarzystwie odpoczywasz, Synku.
Co u ciebie? Słuchasz Niemena?
A może ty jemu śpiewasz
swoją ulubioną piosenkę Woźniaka*:
“A kiedy przyjdzie także po mnie,
Zegarmistrz Światła purpurowy,
by mi zabełtać błękit w głowie,
To będę jasny i gotowy.
Spłyną przeze mnie dni na przestrzał,
Zgasną podłogi i powietrza,
Na wszystko jeszcze raz popatrzę,
I pójdę, nie wiem gdzie – na zawsze.”

Kiedyś i mnie obok ciebie położą, Synku.
Tak mi trudno stąd odejść, może już zostanę?

Wiesław Fałkowski
1 listopada 2016
*) Bogdan Chorążuk, wiersz: Zegarmistrz światła











piątek, 4 listopada 2016

Na krawędzi miłości

http://www.walesonline.co.uk/


Na krawędzi miłości
Fotografia Dylana i Caitlin Thomas

Stara fotografia.
Kim są ci młodzi, uśmiechnięci
bohaterowie anegdoty
zapisanej jednym pstryknięciem
na fotograficznej kliszy?

To postacie dramatu
o granicach miłości,
pożądaniu i rozwiązłości,
zdradzie i nienawiści,
dzikości serc i pijaństwie,
o narodzinach i aborcji,
życiu na krawędzi i śmierci.

Ich życie, jak teatr
pełen dziwnych postaci
wchodzących i wychodzących.
Wcale tej sztuki nie napisali;
pełna improwizacja -
bez reżyserii, bez planu,
bez inspicjenta.

On zagrał rolę irracjonalnego poety,
zanurzonego w metafizycznej tęsknocie.
Ona grała jego żonę
i matkę jego dzieci.
Pomiędzy małym walijskim miasteczkiem,
a wielkim Nowym Jorkiem,
w Londynie i Kaliforni;
zapatrzeni w siebie.

Nie dostrzegli bolesnego tragizmu
granych postaci,
przeoczyli, że popsuły się,
że skwaśniały ich dusze,
na krawędzi miłości i przyjaźni
zrodziła się złość i nienawiść;
zgodna autodestrukcja.

W scenie finałowej
młody mężczyzna ze zdjęcia,
Dylan Thomas,
w kwiecie wieku zapija się na śmierć,
gwałtownie wchodzi do tej dobrej nocy;
banalny koniec dramatu?

Ale opowieść toczy się jeszcze.
Uroczy cherubinek ze zdjęcia,
Caitlin Thomas,
uwolniona od oprawcy-kochanka,
napisze jeszcze kilka marnych książek,
obsesyjnie wracając do scen
ze wspólnego ich dramatu.
Żyje dłużej niż można było się spodziewać,
jakby z zemsty na człowieku,
który najpierw oczarował,
by potem zniszczyć jej życie.

Teraz są razem w Laugharne.
Na cmentarzu świętego Marcina.

Kurtyna.


Wiesław falko Fałkowski, listopad 2016





Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów

  Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów ty wiesz jak ja siebie teraz nienawidzę za tę radość na widok zabijania  ...