wtorek, 28 stycznia 2014

Z dziennika podróżnika

falko


Z dziennika podróżnika

Piłem ararat w Erewanie, pięknym mieście
na rozległej Armeńskiej Wyżynie.
Z okien hotelu widziałem w pogodne dni
ośnieżony szczyt biblijnej góry Ararat
po tureckiej stronie.

Popijałem ze zmrożonych kieliszków
rosyjską wódkę золотое кольцо
z москвич’ami w barze na dwunastym piętrze
i zakąszałem ikrą z bieługi.
A na kaca kwas chlebowy z ulicznej cysterny.

Wina gruzińskie degustowałem w Tbilisi,
przez zaprzyjaźnionego milicjanta dostarczone i schłodzone
w wannie kąpielowej hotelowej łazienki
wypełnionej do połowy zimną wodą.
A rano świeżo parzoną czarną herbatę zrywaną na wzgórzach Batumi.

Spirytus apteczny w Algierii na Saharze
w towarzystwie doktora matematyki,
doktora fizyki i innych nauk bardzo ścisłych,
bo tam aptekarze sprzedają alkohol tylko doktorom.
A na kolację robiłem bitki z końskiego mięsa.

W Berlinie na placu imienia Karola Marksa
Kartoffelschnaps i Korn z bardzo małych kieliszków
krzycząc: Herr Ober, große Flasche bitte!
A w nocy jedliśmy kebab u Turka w Tiergarten
po drugiej stronie muru.

Na Kaukazie częstowali mnie mętnym piwem domowej roboty
górnicy z miejscowej kopalni uranu
mieszkający tam w zbudowanych z drewna,
kamienia i błota skromnych domkach.
A gospodyni przyniosła mieloną baraninę w winogronowych liściach.

Wytrawne reńskie na niemieckiej rzecznej barce
nalewała mi ze smukłej butelki
roześmiana cycata i piegowata dziewczyna,
zbyt różowa aby robić ceregiele.
I nasza była noc pod gwiazdami.

W Amsterdamie kolorowy likier parfait amour
piłem w towarzystwie kolorowych dziwek
z wielu stron świata, bezwstydnie płaczących
z tęsknoty, z żalu, z byle powodu
na moim ramieniu.

W ulubionej praskiej knajpie Hrabala,
gwarnej rubasznym humorem,
piłem na śniadanie czeskie dziewiątki i tani rum.
Paliłem papierosy i nikt nie wiedział
který nařídil knedlíčky?

W XIII dzielnicy piłem absynt z zimną wodą
o szóstej wieczorem kiedy po pracy
zaglądali do taniego bistro robotnicy z paryskich fabryk.
Calvados pod Łukiem Triumfalnym.
A kawę i croissanty na śniadanie na Polach Elizejskich.

Tokaj szamorodni w Budapeszcie u Maxima.
Budafok z oranżadą ze studentami w parku na Górze Gellerta.
Na brzegu Dunaju tanie wina prosto z dwulitrowych butelek.
Na obiad jadałem słodkie kluski z pikantnym gulaszem
w pesztańskiej knajpie obok pomnika Bema.

Szampana z papierowych kubków
z ukochaną na bałtyckiej plaży.
Siedzieliśmy przytuleni,
a pies szczekał w oddali
i szumiały fale.

Wino patykiem pisane na mazurskich jeziorach
piliśmy we dwóch z Rysiem,
nauczycielem z podstawówki spotkanym po latach.
A potem pełną miskę świeżej sielawy
w plażowej smażalni ryb zjedliśmy z apetytem.

Aquavit w Kopenhadze, egipską whisky w Kairze,
denaturat na klatce schodowej,
greckie słodkie wino w pociągu
z Bydgoszczy do Zakopanego
ze śliczną dziewczyną na jednej kuszetce.

Wódkę byle jaką kartoflaną pachnącą karbidem
piliśmy z kolegą siedząc na styropianie oparci o ścianę.
Paliliśmy sporty jednego za drugim.
Wiedzieliśmy, że po nas przyjdą.
Nie wiedzieliśmy kiedy.

Ukraiński bimber z przyjaciółmi z Lwowa
popijałem nocą na krakowskim rynku
z litrowych kufli do piwa. Paliłem kubańskie cygara
po zjedzeniu kremu z dyni i potrawki z królika
serwowanej w knajpie Pod Różą.

Wina czerwone jak bycza krew w Barcelonie
na schodach muzeum Picassa.
Chupitos de Orujo w dobrym towarzystwie
atrakcyjnych Hiszpanek i serdecznych Polaków
w portowej tawernie gdzieś między Walencją a Gibraltarem.

Wczoraj w Warszawie, pięknym mieście na Mazowieckiej Równinie
jakiś gówniarz upił się na imprezie integracyjnej
zorganizowanej przez dział kadr wielkiej korporacji.
Całował prezesa w dupę.
A potem mi powiedział, że ja nie mam kwalifikacji.


Wiesław falko Fałkowski, 2014


niedziela, 19 stycznia 2014

obudzi mnie dzień

Wiesław falko Fałkowski


obudzi mnie dzień


noc

upojna miała być
tyle wina i panna

albo odwrotnie
już nie pamiętam
muzyka cicha nastrojowa

świece na stołach brzoskwinie i winogrona
panna nadobna z moich wspomnień
jak melancholia rozkwitająca w wyobraźni
świat zwariował wokół mnie

kręcił się jak karuzela nostalgii
w niemieckim lunaparku
tylko nie tandeta krzyczał poeta
od świtu upojony zapachem
kolczastej melancholii

było już za późno na refleksje
nadszedł czas liczenia się z groszem myślą
słowem a nawet z rozsądkiem
a miało być tak pięknie na tym świecie
obok melancholii powinny dojrzewać owoce miłości
a dalej w parkowej alei wyobraźni rozkwitać marzenia

noc upojna miała być tyle wina i tyle piwa
i panny mało wybredne boże mój może miało być odwrotnie
już nie pamiętam czy muzyka miała być cicha i nastrojowa
czy może panny bardziej czcigodne a muzyka bardziej hałaśliwa
obok nas pnie się w górę owoc żywota naszego
poplamiony nieodwracalnie naszymi
wadami zaletami inteligencją

zasypiam zatem tej nocy spokojny i szczęśliwy
zmory moje ulubione w nieprzespane noce
widma jawiące się nad każdym ranem
nie mają już do mnie dostępu
zapaliłem światło nie będę
już nigdy tęsknił za nimi

obudzi mnie dzień
posłucham rano jazzu
obmyję się jak przystało wierzącym
świeżo wypraną koszulę
założę

dostałem ją od Ciebie na urodziny
pamiętasz śmieliśmy się wtedy
że schudłem i koszula za duża
ale nie była

a kiedy się pakowałem
nie chciałem jej brać
ale zabrałem

posłucham jazzu
i wytrę łzy w koszulę

rano



Wiesław falko Fałkowski, styczeń 2014

czwartek, 16 stycznia 2014

Po tamtej stronie ulicy

falko




















Po tamtej stronie ulicy


zdradziłaś
nie wiedziałem
śmiać się czy płakać
płakałem

kłamałaś
czekałem
pytać czy zapomnieć
nie pytałem

żyć
z przyzwyczajenia
umrzeć
zwinięty w kłębek
nie wiem

zabrakło
wódki i piwa
poszukam
po tamtej stronie ulicy
spokoju




Wiesław Fałkowski       Wa-wa,                    styczeń 2014



środa, 15 stycznia 2014

lusterko

Wiesław falko Fałkowski

lusterko

patrzę uważnie w małe lusterko
każdy elegancki mężczyzna
ma takie gdzieś tam w kieszeni
albo w wyobraźni

patrzę zawistnie w kalendarze
widzę zmianę
niegolony od miesięcy zarost
niestrzyżone od tygodni myśli

dalej w takim lusterku
już nic nie widać wyraźnie
chwilowy brak stylisty
usprawiedliwia

ale musi nadejść taka chwila
gdzie ja stary
i ty taka młoda
poddamy się weryfikacji

całe szczęście że nic to nie zmieni
ani postrzegania szczęścia
ani przywoływanych nieszczęść
wróżba jest dobra

chryzantemy albo fiołki
będą dokumentem naszej miłości
wymyślonej w afekcie
wyśnionej na jawie

pokochaj mnie wreszcie namiętnie
i jak wiosenne kwiaty
w bukiety składaj rozkosze
jedną po drugiej
jedną po drugiej

potem nagle zapomnę
którą ręką trzeba zapalić światło

Wiesław falko Fałkowski, styczeń 2014  
z tomiku: `Siedem stopni miłości`
wiersze, projekt okładki i ilustracje: © Wiesław Fałkowski
Redaktor i korektor: Janina Sikorska , Inowrocław 2017  




poniedziałek, 6 stycznia 2014

Czwarty - opowieść o czwartym królu

Wiesław falko Fałkowski















Czwarty
opowieść o czwartym królu

Wzdłuż brzegu morza wzburzonego wieją wiatry.
Od wieków morze na plażę wyrzuca kamienie, muszle
i resztki myśli, ani przez bogów, ani przez ludzi nie wymyślone,
o sensie istnienia i braku sensu, o królach, którzy narodzić się powinni.
Ruszyć samotnie brzegiem spienionego morza nadszedł wreszcie czas.

Trzej perscy magowie, uczeni w astrologii: Baltazar, Kasper i Melchior
z miasta Sevah, dawno już poszli śladem gwiazdy zaciekawieni
wydarzeniem przepowiadanym, oczekiwanym, zwiastowanym,
co się na ziemiach króla Heroda wydarzyć powinno?
Ja, Dariusz, ufam im, i ruszam na spotkanie.

Już od wieku wieków na niebie znaków nie było.
Niezwykła gwiazda na zachodnim niebie, nie każdy ją widział.
Ja jednak, dając wiarę magom i ludzkim pragnieniom,
sam na skraj świata, tam gdzie błyska gwiazda oczekiwana,
powoływana wielokroć - na wezwanie idę.

Będąc roztropnym, ufając przeznaczeniu, zabrałem,
tak na wszelki wypadek, trzy ogromne perły z dna morskiego:
niebieską, czarną i różową w darze dla nowo narodzonego.
I jak rozsądek każe wziąłem też na drogę daktyle i figi,
rodzynki, migdały, suszone ryby i kozi ser dla pożywienia.

Jakiż był mój wstyd kiedy do Betlejem dotarłem z pustymi rękami.
Odnalazłem dom, w którym żyli Józef z Maryją, oboje z Nazaretu
wraz z nowo narodzonym dzieciątkiem Jezus.
Miałem dla nich tylko garść daktyli, fig i rodzynek.
Perły wszystkie: niebieską, czarną i różową utraciłem.

Przyszedłem nie tylko spóźniony, ale i nic oprócz garści
daktyli, fig i rodzynek w darze nie przyniosłem.
Proszę zatem o łaskę, wierzcie mi umiłowani, że niosłem dla Was,
Józefa, Maryi i błogosławionego dzieciątka dary z dna morza,
trzy wielkie, drogocenne perły: niebieską, czarną i różową.

Ale już ich nie mam. Zaledwie kilka dni, od kiedy ruszyłem znad Zatoki,
pierwsze na mojej drodze miasto, spustoszyło straszliwe trzęsienie ziemi.
Tysiące zginęło pogrzebanych. Pozostali bez jedzenia i wody.
Niebieską perłą zapłaciłem za pożywienie i obdarowałem nim potrzebujących.
Szukałem zasypanych, a kiedy już nie było nadziei na znalezienie żywych, ruszyłem.

Na niekończącej się pustyni spotkałem, idąc dalej, karawanę handlarzy niewolników.
Prowadzili na targ w Damaszku męża, żonę i dwóch chłopców.
Byli gwałceni, bici, maltretowani - widziałem, że dalszej wędrówki nie wytrzymają.
Kupiłem ich za czarną perłę. Z nimi doszedłem pieszo do Tyberiady.
Baltazar, Kasper i Melchior już wówczas wracali i powiedzieli: podążaj do Betlejem.

Sądziłem, że wnet bez przeszkód dotrę już do celu z najcenniejszą perłą.
Jednak napotkałem żołdaków Heroda, którzy zhańbić chcieli córkę nieletnią
wieśniaka, co podatku na czas nie zapłacił. Łzy ojca, matki i dziecka sprawiły,
że najcenniejszą perłę różową żołnierze zabrali, chętnie przeze mnie, w tej sytuacji,
za niewinność i godność wieśniaczej córki oddaną.

Wybaczcie zatem, czcigodna Rodzino, a głównie Ty, nowo narodzone dziecię,
że przychodzę bez godnego Ciebie podarku. Dam Ci tylko tę resztę fig, rodzynek i daktyli...
Tylko tyle mogę Ci ofiarować...

Kiedy ja Dariusz, czwarty z przybyłych, odważyłem się spojrzeć na Dzieciątko,
dostrzegłem Jego zakłopotane oblicze i wyciągnięte w oczekiwaniu rączki,
w których, zgodnie z odwieczną przepowiednią znaleźć się miały trzy najcenniejsze perły:
niebieska, czarna i różowa, wszystkie z samego dna morza,
a znalazły się niedojedzone resztki: figi, rodzynki i daktyle oraz trochę koziego sera.

O minie Józefa i Maryi, w tej sytuacji nie będę już wspominał.
I chociaż figi błyszczały jak złoto, kozi ser pachniał jak kadzidło,
daktyle były suche jak mirra, a rodzynki wydawały się słodsze niż w cieście,
nie mogłem spodziewać się niczego dobrego.
Maryja warknęła: A za co teraz, pomyślność ludziom dobrej woli kupimy?

Zrobiło mi się głupio, dlatego szybko, zaśpiewałem:

הבה נגילה
הבה נגילה
הבה נגילה ונשמחה
הבה נרננה
הבה נרננה
הבה נרננה ונשמחה
!עורו, עורו אחים
עורו אחים בלב שמח
!עורו אחים, עורו אחים
בלב שמח

co znaczy:

radujmy się
radujmy się
radujmy się i cieszmy
śpiewajmy
śpiewajmy
śpiewajmy i cieszmy się
zbudźcie się, zbudźcie się, bracia!
zbudźcie się, bracia, z radością w sercach
zbudźcie się, bracia, zbudźcie się, bracia!
z radością w sercach

Myślałem, że zaśpiewany w uniesieniu midrasz
złagodzi srogość boskiej rodziny i kara za rozrzutność mnie ominie.
- Dobrze zrobiłeś, Dariuszu, że poratowałeś tamtych ludzi.
My mamy wszystko, co nam potrzeba.

Myślałem, że to usłyszę. Nie usłyszałem.
Dlatego w opowieści o narodzinach Pana. mnie – Dariusza,
czyniącego dobro, a nie niosącego drogocenne perły:
niebieską, czarną i różową z samego dna morza głębokiego,
już od wieki wieków nie ma i na wieki wieków nie będzie.


Wiesław  Fałkowski                  styczeń 2014

Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów

  Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów ty wiesz jak ja siebie teraz nienawidzę za tę radość na widok zabijania  ...