czwartek, 21 kwietnia 2016

622 upadki




















Zapach brudnej myśli,
niemytej duszy,
odchodów wyobraźni,
nieujarzmionych żądz,
perwersyjnych obrzędów,
nieobyczajnych zapędów,
pornografii,
ortografii,
gramatyki,
psujących się zębów
i politycznego dziennikarstwa
zapada w pamięć głęboko.

Czy warto upadać te
sześćset dwadzieścia dwa razy
kiedy tak trudno
zachować biel
wykrochmalonego kołnierzyka,
czyste paznokcie,
neutralny zapach genitaliów,
niewinny uśmiech na twarzy?

falko


środa, 20 kwietnia 2016

Nie mam nic do powiedzenia...

falko




Nie mam nic do powiedzenia

Miało się tyle dobrego wydarzyć. Nie wydarzyło się nic,
chociaż wszystkiego dobrego, dnia dobrego i dobrej nocy
wszyscy sobie życzyli nawzajem.
Nie mam nic do powiedzenia , ale jest OK.

Jutro minęło, cicho przemknęło
pomiędzy wczoraj, dzisiaj i pojutrze.
Jeszcze brakuje mi tu kogoś,
bo miejsca jest dosyć
Nie mam nic do powiedzenia , ale jest OK.

Umyte przed chwila szklanki jeszcze mokre
poruszone siłą mojej wyobraźni albo raczej siłą grawitacji
niespodziewanie zsunęły się ze śliskiego stołu.
Rozprysły drobinkami szkła  po całej kuchni
a każda drobinka lśniła cząsteczką mojej myśli
- iskra pamięci w popielniku zapomnienia,
Nie mam nic do powiedzenia , ale jest OK

Na miejskim targowisku kupiłem pomidory i włoszczyznę.
Ugotowałem  zupę z dodatkiem miłych wspomnień.
Zupa była gorąca i zachęcająco pachniała przyprawami.
W smaku okazała się jednak mdła i nijaka.
Za mało pieprzu.
Nie mam nic do powiedzenia , ale jest OK.

Wiesław Fałkowski
kwiecień 2016
z tomiku: Koniec nowego świata czyli prolegomena do wieczności, 2017

niedziela, 17 kwietnia 2016

pół poeta, pół cyborg


falko


Wyłupali mi kawałek oka,
a potem mi powiedzieli,
że będę wyraźniej widział.

Wyrwali mi kawałek serca,
a potem mi powiedzieli,
że będę lepiej czuł.

Proszę nie wygładzajcie mojej duszy poszarpanej.
Pozwólcie pozostać poetą.

Wiesław falko Fałkowski
kwiecień 1916

sobota, 9 kwietnia 2016

Sanatoryjna miłość w mieście I.



Sanatoryjna miłość w mieście I.
z cyklu: Solanki, czyli falkografioły ze szczyptą soli...

Miłość w moim miasteczku
rozkwita bez względu na porę roku.
Sanatoryjna miłość trwa krótko.
Tydzień, dwa, góra trzy tygodnie.

Trzeba się spieszyć z kochaniem,
bo czasu między
rehabilitacją ruchową,
kąpielą w solance,
biczami wodnymi,
inhalacją i borowiną
jest niewiele.

Czas na miłość kurczy się
proporcjonalnie do ilości zabiegów
i odwrotnie proporcjonalnie
do sprawności ruchowej.

W moim miasteczku
miłość zaczyna się po kolacji.
W stołówce.
Po osiemnastej.
Przed dwudziestą drugą.

Geograficznie wszystko dzieje się
między tężnią solankową
połączoną z resztą świata
drewnianym mostem nad stawkiem
a knajpami.

W knajpach grają
na instrumentach jacyś goście.
I śpiewają przeboje z lat
siedemdziesiątych,
osiemdziesiątych,
dziewięćdziesiątych.
Wtedy wszyscy kochankowie byli młodzi.
Tańczą panowie, tańczą panie.

W uzdrowisku
miłość zaczyna się po pierwszej kolacji.
Kończy się po ostatnim śniadaniu.
Gwałtownie.
Spodziewanie i nieuchronnie.
Pocałunki, czasem łzy.
Każde w swoją stronę.


Wiesław falko Fałkowski



środa, 6 kwietnia 2016

Wiosna w mieście I.




Wiosna w mieście I.
z cyklu: Solanki, czyli falkografioły ze szczyptą soli...
W moim miasteczku na soli
Wiosna jak zawsze przyszła razem ze Świętami.
Mieszkańcy uczcili to zależnie od wyznania,
pozycji społecznej lub stanu umysłu
utopieniem Marzanny,
powieszeniem śledzia,
spaleniem kukły Żyda
lub poświęceniem jedzenia wodą.
Przygotowali na dwa dni nieprzebrane ilości żarcia
z zakupionych produktów,
(jak zapewniają producenci - spożywczych),
w ciągu tak zwanego Wielkiego Tygodnia,
który od dawna służy głównie dokonywaniu
niczym nieskrępowanych  Wielkich Zakupów
w wielkich, niczym nieograniczonych
sklepach wielkopowierzchniowych.
Ludzie, mimo całej staranności i gorliwości
oraz namowom cioci, matki i teściowej
nie byli w stanie zjeść
kiełbas, szynek, sałatek,
ciast, mięs, bigosów, zup
i mazurków niezliczonych
starannie dekorowanych.
Do dna wypili jedynie wódkę.
Następni w kolejce do konsumpcji
tych świątecznych przysmaków
w swoistej piramidzie
świątecznego żywienia
były zwierzęta domowe
-psy, koty, chomiki, papugi.
Ale i one nie dały rady.
Potem na śmietniku
dzikie koty, ptactwo i gryzonie.
Na końcu resztki
usiłowały pochłonąć
bakterie gnilne,
grzyby i owady.
Nadeszła wiosna w moim miasteczku na soli.
Zrobiło się ciepło, nie wiadomo dokładnie
czy to za sprawą sympatycznej
pogodynki z telewizora
czy może jakiegoś frontu atmosferycznego
kolorowe kwiaty rozkwitając pachną,
ptaki budują gniazda i śpiewają,
(z wyłączeniem gawronów, kruków i wron,
które przeraźliwie kraczą),
a śmieci na śmietnikach
-resztki ludzkich pokarmów,
rozkładają się i śmierdzą.
W miasteczku służby miejskie
dbają niespiesznie i pieczołowicie
aby żywność się nie marnowała.
Wiesław falko Fałkowski
wiosna 2016


wtorek, 5 kwietnia 2016

Dworzec kolejowy w mieście I.

http://lodz.fotopolska.eu/kolej,276,20/woj.kujawsko-pomorskie.html

Dworzec kolejowy w mieście I.
z cyklu: Solanki, czyli falkografioły ze szczyptą soli...

Kawa, herbata, napoje czy woda? A może soczek? Słone przekąski czy słodkie wafelki? W biały kitel ubrany, niewysoki gość, uparcie ale nienachalnie zadaje pytanie w pociągu co wychodzi po piątej z Warszawy i nazywa się Przybyszewski. Gdzieś koło dwudziestej ma ostatni przystanek. Na kujawskiej równinie. W niewielkim mieście, na niewielkim wzgórzu, gdzie dworzec kolejowy jest tymczasowy. Tymczasowy peron, tymczasowe przejście, tymczasowe miejsce i tymczasowa przestrzeń. Tymczasowość tego miejsca jest tak przenikliwa, że pasażerowie wysiadają tutaj po to tylko, by pobyć chwilę może dwie chwile, tydzień, miesiąc, rok niecały, może pomieszkać nawet, ale tak tymczasowo. Potem via kolejowy dworzec tymczasowy pociągiem pojadą dalej - osiągnąć cel ostateczny. Urodził się tu niedaleko. a później mieszkał tymczasowo, aż do samej śmierci poeta Przybyszewski. Kujawska równina rozległa i cicha, tak melancholią spokojną spowita, bez konturów i cieni. Pomyśleć można, że na skraju lasu siedzi jakiś bożek zadumany, w sobie całkiem zamknięty i mgłą szczelnie owija drzewa i krzewy, łąki i zboża, rowy, rzeki, jeziora, zwierzynę i i ludzi. Otula mgłą - tak beznadziejnej tęsknoty, że wszystko staje się bezgranicznie smutne, ciche, melancholijne i dobre; tak przejmująco tymczasowe. Drzewa i krzewy, łąki i zboża, rowy, rzeki, jeziora, zwierzęta i i ludzie. I dworzec kolejowy.

Wiesław Fałkowski

niedziela, 11 października 2015

Nie pamiętam

falko

Nie pamiętam


Idąc ulicą
przed chwilą zaledwie
składałem wiersz w myśli.

Usiadłem teraz przed maszyną do pisania
bo komputer
jest dla mnie ciągle
przede wszystkim
maszyną do zapisywania
i zapamiętywania.

I nie pamiętam
i nie wiem jak
pisać o miłości
pamiętać o czułości
zapomnieć o rozstaniach

Drzewo
pozwala odejść liściom
Ptaki odlatują żeby przeżyć
Odeszłaś szukać szczęścia

A ja naiwnie
gorliwie i dokładnie
codziennie odkładam szczęście na jutro
i między basenem pełnym rozkoszy
niezaistniałych
a krawędzią śmietnika
toczę kulkę ulepioną z pobożnych życzeń.

Wiesław falko Fałkowski, jesień 2015

Wiersz z autorskiego tomiku pt. "Siedem stopni miłości"
Projekt okładki i ilustracje: © Wiesław Fałkowski

Redakcja i korekta: Janina Sikorska
ISBN 978-83-947558-0-5

Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów

  Kiedy poeta nienawidzi siebie za radość z widoku martwych wrogów ty wiesz jak ja siebie teraz nienawidzę za tę radość na widok zabijania  ...